Blog > Komentarze do wpisu

Rower w wielkim mieście

Kiedyś zdawało mi się, że infrastruktura rowerowa w Warszawie stanie się potrzebna dopiero wtedy gdy więcej ludzi zacznie używać roweru jako codzienniego środka transportu. Miałem wrażenie, że kiedy więcej osób będzie chciało przebyć drogę do pracy na jednośladzie wówczas dopiero potrzebne będą ścieżki. Żeby zaś zaparkować rower w miejscu docelowym przy: sklepie, biurze, uczelni, szkole, niezbędny im będzie parking. Myślałem więc, że przed całą infrastukturą musi utworzyć się grupa ludzi jej potrzebujących, którzy będą gotowi lobbować drogi i parkingi rowerowe.

Obecnie jednak zaczynam się skłaniać do poglądu całkowicie odwrotnego. Najpierw muszą powstać możliwości, żeby ludzie zaczęli dostrzegać w rowerze realną alternatywę.

Gdy rozmawiam na temat roweru ze znajomymi większość ma tendencję do wypowiadania dziwnie brzmiących myśli w rodzaju: "w życiu nie wsiadłbym/wsiadłabym na rower przy takiej pogodzie" albo "podziwiam Cię, że tak cały rok jeździsz rowerem", czy też "ja to bym się bał/bała tak między samochodami". Pomijam tu spostrzeżenie, że znaczna część kierowców samochodów oraz pieszych odnosi się do rowerzystów negatywnie.

Wniosek nasuwa mi się jeden. Nawet ludzie przychylni dwukołowcom, młodzi i sprawni fizycznie, jeżdżący rekreacyjnie na rowerze, przy obecnej warszawskiej infrastrukturze nie zamienią zatłoczonego: autobusu, tramwaju, metra czy też stojącego w korku samochodu na bicykl jako środek codziennego transportu.

Ktoś powie: ale po co mamy przesiadać się na rowery? Czemu wszyscy mamy z podatków łożyć na drogi, parkingi i inne urządzenia dla rowerów? Czy w imię jakiejś europejskiej mody? Co nam to da? Może lepiej zbudować drugą linię metra niż wyrzucać pieniądze w błoto?

Jest jednak kilka argumentów po stronie rowerów:
  1. Rozwijanie sieci ulic jest znacznie droższe od budowy sieci dróg rowerowych, często będących dodatkowym, lub jak np w Londynie wspólnym z autobusami, pasem jezdni.
  2. Parkingi rowerowe zajmują znacznie mniej miejsca i są nieporównywalnie tańsze niż podziemne parkingi samochodowe.
  3. Światowe przykłady pokazują, że ilość dróg można zwiększać w nieskończoność a rosnąca jednocześnie liczba samochodów nadal będzie powodować zatory. Dobrym przykładem są amerykańskie miasta gdzie każdy siedzi we własnym samochodzie w korku, choć długość autostrad i ilość asfaltu w miastach, przypadająca na jednego mieszkańca, jest tam nieporównywalnie większa niż w jakimkolwiek innym kraju na świecie. Tak wiem, że to brzmi jak zielona agitacja ;]
  4. Argument rodem z zakresu zdrowia publicznego. Nasz tryb życia staje się coraz bardziej siedzący. Minimalna dawka ruchu jaką powinniśmy zachowywać, a w większości tego nie robimy, to według niektórych 45min wysiłku fizycznego 3 razy w tygodniu, a według innych 30 minut marszu dziennie. Krótko mówiać codzienny dojazd rowerem jako promocja zdrowia. Po pierwsze każdy z rowerzystów byłby zdrowszy, a po drugie w perspektywie lat niższe stałyby się, a przynajmniej wolniej by rosły społeczne koszty ochrony zdrowia.
  5. Mniejsze korki, bardziej przejezdne ulice, mniej zatłoczone środki transportu publicznego. Zakładając, że pewien procent kierowców i pasażerów miejskiej komunikacji przesiądzie się na rowery, zmniejszy się długość korków i tłok w autobusach, tramwajach i metrze.
  6. Oszczędność czasu. Dowiedziono, że na krótkich śródmiejskich dystansach (ok 5km) rower jest najszybszym środkiem transportu. Stąd też bierze się, w wielkich zatłoczonych miastach jak wspomniany Nowy Jork, popularność kurierów rowerowych.
  7. Oszczędność sił, choć brzmi trochę jak paradoks. Rower to najwydajnieszy sposób zamiany pracy ludzkich mięśni na ruch. Przebycie 2km to na piechotę 20 - 30 minut marszu. Na jednośladzie ten sam dystans zajmuje ok 5 - 10 min. Często pokonanie pewnego odcinka miejską komunikacją odbywa się bardzo na około, samochodem w godzinach szczytu jest prawie niemożliwe a na piechotę trwa zbyt długo. Ktokolwiek próbował dostać się od stacji metra "Pole mokotowskie" do Żwirki i Wigury dobrze wie co mam na myśli.
  8. Indywidualizm. Jadąc rowerem można dowolnie planować sobie trasę. Droga dojazdu do pracy może mieć wiele różnych wariantów. W przypadku samochodu i tak zazwyczaj kończy się na staniu w korku. Nie wspominając o tym, że ludzie jeżdżący rowerem często wydają się ciekawi i nietuzinkowi, o czym pisałem chociażby tu.
  9. Redukcja globalnego ocieplenia. Osobiście nie bardzo przemawia do mnie korelacja między ilością emitowanego przez ludzkość dwutlenku węgla a globalnymi zmianami klimatycznymi. Dla tych do których owszem niech zdadzą sobie sprawę z tego, że człowiek jest bardzo wydajną maszyną i na każdy kilometr przejechany rowerem wydala znacznie mniej CO2 niż samochód, w którym siedzi, czy autobus albo metro w którym stoi (choć to ostatnie produkuje CO2 poprzez elektrownie opalane węglem, które metro zasilają). Abstrachując już od tego że z boku tłum ludzi, samotnie irytujacych się, w stojącym koru, w spalających paliwo samochodach wydaje się bardzo zabawny.

To tylko garść powodów dla których warto przesiąść się na rower, pewnie każdy znajdzie dla siebie jeszcze kilka kolejnych. Jednak skoro jest ich aż tyle, dlaczego zobaczenie rowerzysty na ulicy jest taką rzadkością? Dlaczego większość z nas woli, mimo różnych wspomnianych niedogodności, gromadne środki transportu od rowerowego indywidualizmu? Odpowiedź jest moim zdaniem jedna - ponieważ rower, przy obecnym rozwoju infrastruktury, nie stanowi realnej alternatywy dla wszystkich wcześniej wymienionych.

Ostatnio zadałem więc sobie kilka pytań. Co przekonałoby mnie do przesiadki na rower, gdybym miejskim rowerzystą nie był? Gdybym dojeżdżał spod Warszawy, jakich udogodnień bym oczekiwał? Czego bym potrzebował, żebym jadąc podczas brzydkiej pogody kompletnie siebie, czy innych nie usmarował i nie musiał po dojechaniu na miejsce całkowicie się przebierać?

  1. W przypadku dojazdu pociągiem spoza Warszawy, oczekiwałbym wygodnego miejsca na postawienie w wagonie roweru. Mógłby to być wydzielony ostatni wagon w składzie a przeznaczony tylko i wyłącznie dla rowerów wraz z rowerzystami. W końcu nie chciałbym ubrudzić smarem czy błotem ubrań innych pasażerów. To samo powinno obowiązywać w metrze. W tym wypadku jednak mogłaby to być oddzielona część ostatniego wagonu dla osób z większym bagażem ręcznym. Tak żeby dało się tam wejść z rowerem nawet w godzinach największego szczytu.
  2. Parkingów przy stacjach metra lub dworcach kolejowych. Swoisty Park&Ride jak dla samochodów. Istotne żeby rowery chronione były w taki czy inny sposób przed kradzieżą a najlepiej w zimę dodatkowo przed mrozem.
  3. Przejezdnej sieci dróg rowerowych. W przypadku gdy ruch rowerowy stałby się masowy byłoby to niezbędne. Istotne żeby ścieżki były częścią ulicy. Mogłyby być albo dodatkowym pasem, albo jak we wspomnianym londyńskim przykładzie, biec wspólnie z buspasem. Konieczne byłoby zrezygnowanie z zygzakowania ścieżki z jednej strony jezdni na drugą i co również nagminne, kończenia się jej w najmniej oczekiwanym momencie. Obecnie jest tak odpowiednio w przypadku ul. Jana Pawła 2 oraz Alej Jerozolimskich na wysokości Ronda Zesłańców Syberyjskich. Zapewne konieczne byłoby sporządzenie odpowiednich przepisów jak taka ścieżka mialaby wyglądać.
  4. Utrzymania ścieżek. Obecnie zimą (o czym już pisałem tutaj) miasto całkowicie zapomina o rowerzystach i ścieżkach. Gdyby rowery miały stać się masowe, nieodśnieżanie ścieżek albo zgarnianie na nie śniegu z chodnika musiałoby przejść do przeszłości. To samo tyczy się ich czystości, kaurze stojące na ścieżce a nie spływające do studzienek powodują ubłocenie zarówno rowerów jak i rowerzystów.
  5. Wymuszenia przez ustawodawstwo odpowiedniej ilości i standardu rowerowych miejsc parkingowych przy: biurowcach, szkołach, instytucjach publicznych, centrach handlowych i budynkach mieszkalnych. Ten punkt byłby zbyteczny gdyby wymienione instytucje same z siebie potrafiły do tego dojść.
  6. Jeśli chodzi o nieubrudzenie się błotem w polskich warunkach pogodowych, poza wymienionymi w punkcie 4, trzebaby to zostawić samym rowerzystom. Wiadomo, że najlepszymi miejskimi rowerami do dojazdów na krótkich dystansach są holenderki, ze względu na to że koła i łańcuch są w nich zasłonięte. Jednak nadal konieczne byłoby zapewne albo podwijanie nogawek, albo zakładanie ochraniaczy na spodnie i buty.

Tak na prawdę większość z tych problemów została już dawno rozwiązana w krajach zachodnich. Krótko mówiąc aby dokonać zmian nie potrzeba wymyślać prochu albo opisywać nowych praw fizycznych. Wystarczy wybrać i skopiować co trafniejsze pomysły z Holandii, Danii, Niemiec czy Anglii. Optymizmem napawać może fakt, że od zeszłego roku urzęduje w Warszawie osoba odpowiedzialna za komunikację rowerową. Dodatkowo mnożą się ciekawe inicjatywy, jak na przykład ta krakowskiego oddziału gazety.pl. Pod koniec zeszłego roku głośno było też o przymiarkach do wprowadzenia w Warszawie miejskich wypożyczalni rowerów, na wzór tych istniejących w innych miastach europejskich, takich jak: Bicing w Barcelonie albo Velib w Paryżu, czy rodzimy BikeOne w Krakowie.

Jedno czego pozostaje się obawiać i co niestety jak do tej pory skutecznie blokowało rowerom wszelki rozwój w Warszawie, to zupełna nieznajomość tematu przez władze i osoby odpowiedzialne za transport w stolicy. Ludzie ci niestety aż zbyt łatwo dochodzą do wniosku, że żeby potrzebna była infrastruktura musi ją najpierw mieć kto wykorzystywać.
wtorek, 27 stycznia 2009, rollo-t0masi

Polecane wpisy

  • PO i rower

    Bywają takie dni jak dzisiaj, że wychodzę z domu w prawdziwie jesiennie wietrzną pogodę, taką jaka to tylko chyba w tym klimacie o tej porze roku się zdarza, ce

  • Za co lubię Linuksa

    Jestem, jak można również wywnioskować z innych notek na tym blogu, zadowolonym użytkownikiem Linuksa. Ponieważ nie uważam się za jego fanatyka, nie sądzę, że j

  • Dlaczego nie ostre koło?

    Jakieś trzy lata temu poczułem się zmęczony moim góralem, który jak na mieszczucha wydawał się ciężki, niepraktyczny i kosztował zbyt dużo czasu i pieniędzy. Po